"Rożo czerwona. Tyś piękna.
Tylko piękna, a nic więcej.
Brzydka różo.
(Wiemy wszyscy, żeś nie brzydka.)
Brzydka różo - teraz nic ci nie zostało."
Róża dostała od nieznanej jej osoby karteczkę z takowym napisem. Czuła jego treść i przesiąkającą przez słowa nienawiść. Rosła przy tej kartce, bo ktoś ją obok niej położył i nie raczył jej zabrać, dlatego wieczyste było jej cierpienie. Nawet jeśli ktoś miał taki zamiar, plany pokrzyżował mu deszcz, który rozmoczył atrament, który przesiąknął do ziemi, a tam spotkał korzenie róży. I było jej tylko jeszcze bardziej przykro.
Nie wiedziała, czy treść słów jest prawdziwa, ale jeśli tak było, godziło to w jej poczucie własnej wartości, dlatego wolała uważać, że to kłamstwo. Chciała się jednak upewnić, mieć całkowitą jasność. Założyła płaszcz, kapelusz. Nałożyła puder i ciemne okulary, po czym wyszła na ulicę.
Czekała, aż ją ktoś zauważy, usiadła na ławce. Kogoś obok zapytano o drogę, dwie osoby, obce osoby, z impetem wpadły na siebie, a ta, której udało się ustać na nogach pomogła tej drugiej podnieść się. A ona siedziała sama. Popatrzyła na okoliczne rabatki, z różami, bratkami, tulipanami. Były statyczne. Nie ruszały się i próbowały zachować jak najpiękniejszą pozę. Jakby przytwierdzone, zalane klejem albo betonem.
Pochyliła się nad bratkiem, niebieskim. Podobał jej się, bardzo wzruszał ją zapach i wygląd bratków. Przejmująco niebieski, szczególnie dla kogoś tak czerwonego jak róża, która aż zbladła. Te bratki są jak narkotyki.
W pewnym momencie schyliła się za bardzo. Jej okulary zaczęły zsuwać się po płatkach. Chciała je podsunąć, ale kolec przebił jej płaszcz, ukuła się i okulary spadły.
Wtedy podbiegło do niej kilku przechodniów. Wpatrywali się w nią, oniemieli, a ona stała. Pozwalała się oglądać. Była nieco zszokowana, ale podobało jej się to. Stała, a oni w zachwycie. Zrzuciła płaszcz, rozbiła okulary i starła puder. Była teraz naga, a dookoła gromadziło się coraz więcej osób.
Miała tremę, ale nie schodziła, ni zakładała płaszcza, bo była skupiona i zdeterminowana. Zaczęli przychodzić ludzie; z konewkami, podlewający ją; kłusownicy, odrywający kolce, paparazzi, robiący zdjęcia aparatami, które wybuchały od nadmiaru estetyzmu na jednej kliszy. Potem przyszła noc, i zrobiło się pusto.
Rano już pojawił się już pierwszy obserwator, w czapce z daszkiem, statywem i kamerą. Pojawiły się kolejne kamery, amatorskie, potem półprofesjonalne, telewizyjne. Ci zadawali pytania, ale róża nie ryzykowała. Nie odpowiadała, bała się mówić, żeby nie zmienić przypadkiem swojego idealnego ułożenia łodygi. To jednak wystarczało telewizji, nagrywali ją godzinami i godzinami transmitowali. Uruchomiono specjalną redakcję, która redagowała specjalny program, który promował specjalną wizytę wyjątkowej wizytatorki.
Minęło kilka tygodni. Róża dalej stała bez ruchu, dalej ją podlewano, dalej obserwowano. Niestety, jako, że w bezruchu zatrzymała się na betonie, podlewanie utrzymywało tylko jej podstawowe funkcje życiowe, w zakresie których mieściło się stanie. Nagle jednak jeden jej listek usechł, a wraz z pierwszym żywszym powiewem wiatru - odpadł. To była noc i miała nadzieję, że nikt nie zauważy, szybko podeszła do rabatki i urwała liść od pierwszej róży z brzegu. Przykleiła go do siebie.
Rano przyszedł jak zwykle pierwszy obserwator z czapką z daszkiem i kamerą. Ale zamiast, jak to miał w zwyczaju, rozstawić statyw, zaczął się przyglądać. Róża udawało, że nic się nie stało. Unikała jego wzroku. On jednak zmrużył oczy, podszedł do niej i dotknął miejsca, w którym stykał się liść i łodyga. Kleiło się, tarł przez chwilę swoje palce, po czym spojrzał na nią z wyrzutem i splunął na nią.
To było dla kwiatu za dużo. Nie cierpiała tego gbura, był zaborczy, przychodził pierwszy, żeby mieć ją całą dla siebie. Skupiła się, skoncentrowała na wytworzeniu najpiękniejszego zapachu w swoim życiu, i udało się jej to. W okolicy rozeszła się woń tak piękna, że ludzie zaczęli wychylać głowy przez okna. Gbur był najbardziej wystawiony na działanie zaklęcia. Nie kontrolując samego siebie podszedł i przywarł nosem do czerwonych płatków. Wtedy róża ścisnęła płatki i zaczęła dusić mężczyznę. Wyrywał się, ale to jedynie sprawiło porwanie cienkiej skóry, poleciała krew. To nic, nie będzie widać. Potem padł nieprzytomny, ale żywy. Musiała przestać, bo było już jasno. Ustawiła się.
Ludzie zaczęli się zbierać dokoła. Podziwiali ją, nie zauważyli człowieka na ziemi. Szczęśliwa. Zapomniała już o incydencie.
Ale zaczął padać deszcz. Przypomniał róży o karteczce jaką dostała, co ją zasmuciło. Chyba napis na tej kartce miał rację. Nie chciała już być piękna, sprawdziła to, nie opłaca się. Gdyby mogła, zamieniłaby się w bratka.
Klej przy liściu się odczepił, na oczach wszystkich proteza odpadła. Płatki zaś zbrązowiały. Tłum nie mógł w to uwierzyć, ale szybko nie pamiętał już też czym się zachwycał. Czar prysł. Nagle nie było nikogo, oprócz pewnego ogrodnika. Podniósł różę i przesadził do rabatki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz