To jest bajka bez fabuły. Fabuły w
niej znaleźć nie można, bo jej nie ma. Można pomyśleć, że jest
to koncept w swojej zawiłości genialny i bezsensowny zarazem; nie
da się ukryć, nie ma sensu. Bajka bez fabuły z reguły nie ma
racji bytu, ale tutaj logika zrobiła wyjątek.
A w tej bajce to jest tak: jest tam lis
z podniesioną lekko łapą, rudy, ale z białymi plamami na futrze.
Typowy taki, autor bajki się nie postarał, nie ma w jego wyglądzie
nic odkrywczego. W każdym razie jest. Niestety nie widać jego oczu,
bo głowę ma odwróconą tyłem do opowiadającego – gdyby jeszcze
w tej bajce była fabuła, może lis by się odwrócił i zaszczycił
czytelników swoim spojrzeniem. Tak jednak nie było, zaś koloru
oczu lisa możemy się jedynie domyślać.
Czubek jego nosa wskazuje zbiorowisko kur. Nie wiadomo, czy są one tam przypadkowo, czy może wytworzyły jakąś swoistą społeczność. Autor postanowił je tam umieścić dając czytelnikowi szerokie możliwości interpretacyjne, podejrzewa się jednak, że jego celem było stworzenie kiczowatej scenki rodzajowej mającej wprawiać w dobry nastrój osoby czytające bajkę. Plan nie został spełniony ze względu na nienaturalną gęstość skupiska kur, które zamiast rozmieszać swoją dezorganizacją budziło niepokój związany z widmem emancypacji drobiu. Szkoda.
Kury są bielutkie i bardzo niewinne, lekko przerażone wizją bycia zamordowanymi przez lisa, ale cóż, jak to sobie myślały, tak to idzie, kolej życia, łańcuch Darwina i teoria pokarmowa. Mają rozlatany wzrok, szukają dziarskiego koguta, gotowego oddać za nie życie. Nie pojawia się jednak żaden kogut, ponieważ koguty działają w swoim życiu pragmatycznie i samozachowawczo.
Wszyscy bohaterowie bajki czekają na odpowiedni moment w skupieniu. Zaraz wybuchną.
Ku! Ry! Li! S! Lis ma skoczyć – może jednak nie skoczy? - i skoczy! Kiedyś złapie i rozszarpie kury, które mu wtedy odlecą pozostawiając go z uczuciem niedosytu! Kury odlecą! Kury spadną! Kur już nie będzie, i lisa też! Co im pozostaje? Czekać! Czekać na odpowiedni moment! Myślą sobie, że to nie jest ta chwila, trzeba rozpoznać przeciwnika, trzeba zdecydować – uciekać, czy od razu się poddać?
Przynajmniej Słońce tam świeci, bo jest to lato i pora raczej niedeszczowa. Niedziela, dzień rodzinny, więc wszyscy siedzą w domu i pijąc herbatę z cytryną dyskutują na temat niedzielnej ramówki telewizyjnej. Lis może grasować – trudno go będzie upolować, kiedy wszyscy siedzą w domu. Ma jakieś szanse, chciałby upolować te kury, przynajmniej dwie. Przygotowuje się, napręża, namierza swój cel. Pachną mu jabłonie i świerki z lasu obok (kolejny element idylliczny mający wzbudzić uczucie harmonii z naturą i otaczającym nas światem), a ten zapach mu się podoba. Nieopodal płynie rzeczka, z niej zaś wyskakują przeróżne ryby, na które patrzą łakomo grube koty.
Bajka ta opowiadana dzieciom wbudza niechęć i odrzucenie, ponieważ dzieci słuchając jej nudzą się i znacznie wolą klasykę literatury dziecięcej w postaci poczciwej bajki o Czerwonym Kapturku niż opowieść o lisie i kurach, która nawet nie ma fabuły.
Ciekawe, czy lisowi by się udało. Czy złapałby kury i byłby syty? Może jednak kury by mu odleciały, on zaś musiałby skorzystać z uprzejmości kociego establishmentu nad rzeką? Wydaje mi się, że jedną kurę by złapał, honorową. Pozostałe dwie znalazłyby dziarskie koguty, które by je obroniły. Takie jest moje zdanie.
Są to jednak tylko spekulacje. Ta bajka nie ma fabuły, a są w niej lis i trzy kury.