sobota, 28 września 2013

Róża

"Rożo czerwona. Tyś piękna.
Tylko piękna, a nic więcej.
Brzydka różo.
(Wiemy wszyscy, żeś nie brzydka.)
Brzydka różo - teraz nic ci nie zostało."

Róża dostała od nieznanej jej osoby karteczkę z takowym napisem. Czuła jego treść i przesiąkającą przez słowa nienawiść. Rosła przy tej kartce, bo ktoś ją obok niej położył i nie raczył jej zabrać, dlatego wieczyste było jej cierpienie. Nawet jeśli ktoś miał taki zamiar, plany pokrzyżował mu deszcz, który rozmoczył atrament, który przesiąknął do ziemi, a tam spotkał korzenie róży. I było jej tylko jeszcze bardziej przykro.

Nie wiedziała, czy treść słów jest prawdziwa, ale jeśli tak było, godziło to w jej poczucie własnej wartości, dlatego wolała uważać, że to kłamstwo. Chciała się jednak upewnić, mieć całkowitą jasność. Założyła płaszcz, kapelusz. Nałożyła puder i ciemne okulary, po czym wyszła na ulicę.

Czekała, aż ją ktoś zauważy, usiadła na ławce. Kogoś obok zapytano o drogę, dwie osoby, obce osoby, z impetem wpadły na siebie, a ta, której udało się ustać na nogach pomogła tej drugiej podnieść się. A ona siedziała sama. Popatrzyła na okoliczne rabatki, z różami, bratkami, tulipanami. Były statyczne. Nie ruszały się i próbowały zachować jak najpiękniejszą pozę. Jakby przytwierdzone, zalane klejem albo betonem.

Pochyliła się nad bratkiem, niebieskim. Podobał jej się, bardzo wzruszał ją zapach i wygląd bratków. Przejmująco niebieski, szczególnie dla kogoś tak czerwonego jak róża, która aż zbladła. Te bratki są jak narkotyki.

W pewnym momencie schyliła się za bardzo. Jej okulary zaczęły zsuwać się po płatkach. Chciała je podsunąć, ale kolec przebił jej płaszcz, ukuła się i okulary spadły.

Wtedy podbiegło do niej kilku przechodniów. Wpatrywali się w nią, oniemieli, a ona stała. Pozwalała się oglądać. Była nieco zszokowana, ale podobało jej się to. Stała, a oni w zachwycie. Zrzuciła płaszcz, rozbiła okulary i starła puder. Była teraz naga, a dookoła gromadziło się coraz więcej osób.

Miała tremę, ale nie schodziła, ni zakładała płaszcza, bo była skupiona i zdeterminowana. Zaczęli przychodzić ludzie; z konewkami, podlewający ją; kłusownicy, odrywający kolce, paparazzi, robiący zdjęcia aparatami, które wybuchały od nadmiaru estetyzmu na jednej kliszy. Potem przyszła noc, i zrobiło się pusto.

Rano już pojawił się już pierwszy obserwator, w czapce z daszkiem, statywem i kamerą. Pojawiły się kolejne kamery, amatorskie, potem półprofesjonalne, telewizyjne. Ci zadawali pytania, ale róża nie ryzykowała. Nie odpowiadała, bała się mówić, żeby nie zmienić przypadkiem swojego idealnego ułożenia łodygi. To jednak wystarczało telewizji, nagrywali ją godzinami i godzinami transmitowali. Uruchomiono specjalną redakcję, która redagowała specjalny program, który promował specjalną wizytę wyjątkowej wizytatorki.

Minęło kilka tygodni. Róża dalej stała bez ruchu, dalej ją podlewano, dalej obserwowano. Niestety, jako, że w bezruchu zatrzymała się na betonie, podlewanie utrzymywało tylko jej podstawowe funkcje życiowe, w zakresie których mieściło się stanie. Nagle jednak jeden jej listek usechł, a wraz z pierwszym żywszym powiewem wiatru - odpadł. To była noc i miała nadzieję, że nikt nie zauważy, szybko podeszła do rabatki i urwała liść od pierwszej róży z brzegu. Przykleiła go do siebie.

Rano przyszedł jak zwykle pierwszy obserwator z czapką z daszkiem i kamerą. Ale zamiast, jak to miał w zwyczaju, rozstawić statyw, zaczął się przyglądać. Róża udawało, że nic się nie stało. Unikała jego wzroku. On jednak zmrużył oczy, podszedł do niej i dotknął miejsca, w którym stykał się liść i łodyga. Kleiło się, tarł przez chwilę swoje palce, po czym spojrzał na nią z wyrzutem i splunął na nią.

To było dla kwiatu za dużo. Nie cierpiała tego gbura, był zaborczy, przychodził pierwszy, żeby mieć ją całą dla siebie. Skupiła się, skoncentrowała na wytworzeniu najpiękniejszego zapachu w swoim życiu, i udało się jej to. W okolicy rozeszła się woń tak piękna, że ludzie zaczęli wychylać głowy przez okna. Gbur był najbardziej wystawiony na działanie zaklęcia. Nie kontrolując samego siebie podszedł i przywarł nosem do czerwonych płatków. Wtedy róża ścisnęła płatki i zaczęła dusić mężczyznę. Wyrywał się, ale to jedynie sprawiło porwanie cienkiej skóry, poleciała krew. To nic, nie będzie widać. Potem padł nieprzytomny, ale żywy. Musiała przestać, bo było już jasno. Ustawiła się.

Ludzie zaczęli się zbierać dokoła. Podziwiali ją, nie zauważyli człowieka na ziemi. Szczęśliwa. Zapomniała już o incydencie.

Ale zaczął padać deszcz. Przypomniał róży o karteczce jaką dostała, co ją zasmuciło. Chyba napis na tej kartce miał rację. Nie chciała już być piękna, sprawdziła to, nie opłaca się. Gdyby mogła, zamieniłaby się w bratka.

Klej przy liściu się odczepił, na oczach wszystkich proteza odpadła. Płatki zaś zbrązowiały. Tłum nie mógł w to uwierzyć, ale szybko nie pamiętał już też czym się zachwycał. Czar prysł. Nagle nie było nikogo, oprócz pewnego ogrodnika. Podniósł różę i przesadził do rabatki.



czwartek, 26 września 2013

Filharmonia

Gdy się śpiewa partię z "Mesjasza" w Filharmonii Narodowej, nie myśli się o śpiewaniu. Nie myśli się o stresie.

Śpiewak nie wie, czy nie zostawił włączonego gazu w domu. Waha się, a wychodzi z tego piękny tryl. Chyba nie zostawił.

I źle opięty garnitur, jak na złość. Będzie trzeba przy jakiejś solówce, ale nie swojej, przepiąć się, bo aż żałość ogarnia.

Na publiczności siedzi bardzo ładna pani. Będzie jej patrzył w oczy. Jej wzrok jest akurat skierowany w inną stronę, ale nie szkodzi. Popatrzy chwilę, zauważy. Zawsze tak jest, że wzrok wierci. Wierci gdy się go nie widzi, a wierci mocniej, gdy się weń spoziera. Ale tutaj nie ma tego problemu, będzie myślała, że patrzy na panią obok. Albo pana, w końcu to artysta.

Dobrze, czas się skupić, nigdy nie mógł zapamiętać tej części.

Jakby co będzie improwizował. Ma tę przewagę, że publiczność nie zna tekstu, może sobie rymować jak chce. Może pociągnie ten obok, któremu nieźle nawet teraz idzie.

Nie lubi go. To bardzo dziwna osoba, obnosząca się swoją dziwnością do granic. Będąca dumna z tego, że jest dziwna. Najnormalniejsza w świecie, dziwne jest jej dążenie do dziwności, a jednocześnie wyjątkowo pospolite.

Musi chwilowo zaprzestać upustu nienawiści, jest chórek i trzeba się dobrze zgrać.

Jest przeraźliwie głodny. Nie może się doczekać jakiejkolwiek możliwości wyjścia do bufetu.

Teraz długa przerwa. Można przepiąć guzik.

Jutro rano trzeba wyjść z psem, potem odebrać pranie. Jakieś spotkanie? Wypada sprawdzić, ale raczej nie. Porobiłby jakieś głupie rzeczy.

Muzyka traci swój smak z każdym kolejnym śpiewaniem. Publiczności, bijże brawo, bo zupełnie zniknie sens jej istnienia! Śpiewak to przecież tylko podgatunek.

A na koniec trzeba się ukłonić.

poniedziałek, 23 września 2013

Pył

Pewna osoba była nieszczęśliwa.

Osoba ta nosiła rękawiczki, bo żyjąc wszystko niszczyła. Przykro jej było - czego by nie dotknęła, zamieniało się w pył. A pył się rozwiewał.

Rękawiczki miała w szafie, która była zawsze otwarta. Przed założeniem ich obtaczała swoje dłonie w pyle, który nie mógł się rozpaść jeszcze bardziej, a co skutecznie chroniło rękawiczki przed zniszczeniem.

Wtedy było już łatwiej. Na początku, kiedy przyczyna tej przypadłości była nieznana, osoba wywoływała niepojęty popłoch w swym otoczeniu. Wszystkie zabawki, pieluchy, ubranka - puf! - i stawały się pyłem. A potem nagle nikogo wokoło nie było.

Dziecko szybko urosło, a leżąc jeno na ziemi i pyle wykształciło głęboką umiejętność rozważania. Szczęśliwe, a nieświadome swego szczęścia wynikającego z tego, że nie miało świadomości jak było szczęśliwe, gdyż ominęły je wszystkie filozoficzne brednie typu istnienie czasu, życie jako sen czy inne takie. Dziecko pomijając kilka wieków ewolucji filozofii stało się pragmatykiem. Uznało, że prawdziwe są tylko korzyści, więc w jego życiu jest wiele kłamstwa.

Trochę potem, już w mieście, już u lekarza, który został osobie polecony przez grupę wsparcia z podobnymi problemami, dostała ona swoje pierwsze rękawiczki, wraz z poleceniem aby zakładać je tylko z grubą warstwą pyłu na rękach, bo inaczej znikną. A tak poza tym, to w rękawiczkach już można dotykać wszystkiego. Wszędzie. Rękawiczki są przepustką do wolności dotyku. Nieco ograniczonej wolności, ale to było wszystko, na co osoba mogła sobie pozwolić. Od tego momentu, osoba nie tknęła niczego, oprócz pyłu i rękawiczek.

W tym momencie, osoba była szczególnie nieszczęśliwa. Nie istniało dla niej gotowanie. Trudno się pisze w rękawiczkach, tym trudniej maluje. Diagnoza zabrała jej wszelkie nadzieje na kontynuację swych pasji. Nie to, żeby je wcześniej zaczęła. Przynajmniej nie fizycznie. Wiele razy wyobrażała sobie krojenie pomidora. Jego skórkę, jej dotyk, który musiał być setki razy przyjemniejszy niż szorstki proch, delikatniejszy niż rękawiczki. Leżała tak przed snem na łóżku, oczywiście nie z gołymi rękoma, bo mogłoby się to skończyć tragicznie, i marzyła. A teraz marzenia nie miały już sensu, bo było z góry wiadomo, że zakończą swą egzystencję na poziomie idei.

Oto przed nią jest obca, która odpowiedziała na ogłoszenie. Osoba zdjęła ostrożnie rękawiczki. Masa pyłu wysypała się ze skórzanej powłoki. Pył opadał spokojnie na ziemię, a obca odetchnęła głęboko. Osoba oddychała płytko, i jeszcze ręka jej drżała.Wyciągnęła ją powoli przed siebie, jak zawsze uważając, aby nie dotknąć niczego niepożądanego. Obca nastawiła się, a palec wskazujący dotknął jej policzka. Zatrzymał się tak na chwilę, a potem cała dłoń zaczęła masować, obejmować, gładzić jej twarz. Osoba zaczęła się śmiać. Miała łaskotki, jej organizm przypomniał sobie o uśpionych receptorach w tym miejscu. Śmiała się do łez, puściła twarz obcej, przewróciła się na podłogę i dalej się śmiała. Kiedy jej przeszło, na podłodze było jedynie więcej pyłu.

poniedziałek, 16 września 2013

Drzewa

Irracjonalne są wszelkie legendy, baśnie i podania o ludziach za swe przewinienia przemienionych w drzewa.

Płaczą oni potem, są nieszczęśliwi, łamią sobie gałązki. To tak nie działa.

Drzewo, będące drzewem z urodzenia, jest istotą szczęśliwą. Spełnia się życiowo mogąc rosnąć i dając owoce, które spadają i dają pożywienie zwierzętom, które przewracają się i dają pożywienie większym zwierzętom, które są przewracane i dają pożywienie człowiekowi, który przewrócony da w końcu pokarm drzewu. 

Drzewo rozsiewa nasiona i odczuwa nieposkromioną przyjemność w sianiu. Zdaje się przy tym na swoje szczęście i na wiatr. Inne drzewo, które odbiera nasiona, jest tym szczęśliwsze. Po pewnym czasie powstaje kolejne drzewo, i kolejne. Kwintesencja życia rośliny.

Dlatego zupełnie nieuzasadnione są narzekania drzew-ludzi, jakoby mieli być uwięzieni. Czysta literacka fikcja. Ci ludzie stają się wyjątkowo uprzywilejowani. Nie muszą już się martwić posagiem dla córki, dziesięciną czy kolejnym powstaniem, chyba, że podczas niego zostaną spaleni. 

To, że nagle tracą wszystkie zmysły - to część ich natury. Drzewa tak mają. Wraz z przemianą człowiek traci wszystkie zmysły, ale i ich świadomość - więc problem znika. Bo jak może tęsknić za wzrokiem ten, który nie widział, albo widział, ale nie zna istoty obrazu? Jak może szukać dotyku ten, co nic nie poczuł, albo czując, nie był tego świadomy?

Nie ma co narzekać na przemianę w drzewo. Drzewa żyją długo, bo nie znają stresu. Drzewa żyją długo, bo są większe i na każde stadium rozwoju potrzebują więcej czasu. Drzewa tyle przetrwają, bo nie ma sensu ukracać tak doskonałej nirwany.


niedziela, 15 września 2013

Prosta

W laboratorium na Politechnice myślał uczony.

Myślał o geometrii. O istocie geometrii, wymyślał nowe słowa, którymi określał swoje myśli, rysował.

W pewnym momencie narysował kreskę w zeszycie; to była to jednak figura nieokreślona. Głos w jego umyśle pytał: czym jest ta kreska? Odcinkiem? Półprostą? Prostą? On wiedział: to była prosta. Zwieńczył dzieło podpisem:

"Rysunek nr 1.: Prosta."

Niestety zapomniał, że prosta jest nieskończona, co objawiło się w momencie pisania "a." Kreski wystrzeliły z obu stron zeszytu, przebiły ściany katedry i wyszły na zewnątrz. Grafitowa struga przecinała wszelkie organizmy na jej drodze, ale że była dosyć wysoko, cierpiały głównie gołębie. Wkrótce linia przekroczyła granicę dzielnicy, miasta, powiatu, województwa, państwa, unii monetarnej, a w końcu i całej kuli ziemskiej. Przy czym cały czas zwiększała prędkość.

Wbiła się w Księżyc. Już go nie ma, pozostał jeno pył. Pół biedy, że Księżyc, problem oceanologów, gorzej by było jakby wzięło Słońce. Przeleciało tuż obok. Słońce spaliło grafit, ale! prosta musi być nieskończona. Grafit powstał w tym samym miejscu, po czym Słońce znowu go spaliło i stał się paradoks.

Tymczasem linia dążyła do nieskończoności, i już prawie osiągnęła swój cel, ale znalazła się w końcu wszechświata. Z definicji zawrócić nie mogła, więc parła dalej. I rozszerzała wszechświat - na początku pomału, powolutku, potem nieco szybciej, aż koniec istnienia i koniec nieskończonego się dogadały i poszły z prędkością zawrotną.

Tymczasem Ziemia zaczęła się rozszerzać. Naukowiec, który początkowo był przerażony tym, co stało się z jego linią, przestał się nią przejmować, kiedy jej koniec znikł mu z zasięgu wzroku. Chwilę potem zaczął jednak grubnąć, nie przybierając na wadze. Grubł tak coraz bardziej i bardziej, aż myślał, że pęknie - i rzeczywiście, pekł. Podobnie stało się ze wszystkimi mieszkańcami Ziemi oraz innych planet. Wszyscy pękli. Potem wybuchły kamienie, przepołowiły się drzewa, zawaliły budynki, wylały rzeki, a cała planeta - rozpadła się. Im dalej w swoim rozszerzeniu posunięty był wszechświat, tym mniej atomów w nim zostało - wszystkie dzieliły się na mniejsze cząstki, i mniejsze, i mniejsze. Aż w końcu skończyła się liczba zer po przecinku w odgórnym kalkulatorze, a najmniejsze cząstki trzeba było zaokrąglić do zera. I nie zostało nic w tym wszechświecie, oprócz jego granic i prostej.

Prosta długo płakała po tym incydencie. A jako, że nie było innych atomów niż te grafitowe, płakała grafitem, który zaraz znów rozpływał się w przestrzeni. Prosta była winna zniszczenia całego wszechświata i w dodatku była tego całkowicie świadoma. Okropności. Długo rozmawiała o tym ze wszechświatem.

- Wszechświecie, czy moje winy można jeszcze w jakiś sposób odkupić?
- Myślę, że nie, prosto. Zniszczyłaś dosłownie wszystko, oprócz mnie i samej siebie. Jesteś postacią werteryczną, ale w drugą stronę.

Tutaj prosta popadła w rozpacz. Nigdy nie doświadczy Goethego, ponieważ zniszczyła wszystkie jego dzieła i wszystkich, którzy byli w stanie je przypomnieć. Cierpiała, bo jak może żyć z perspektywą istnienia do czasu osiągnięcia nieskończoności, uczyniona przez kogoś, kogo nawet nie może poznać i nie może odpowiedzieć jej na pytanie "dlaczego"?

Zapewne tak jak wszyscy.

 


środa, 11 września 2013

Założenia

- Pa. Idę. Koniec patrzenia na siebie na dzień dzisiejszy. Wychodzę z autobusu. Już mnie nie ma. Widzisz? Znikam, więc nie widzisz. The Great Disappearance. Adieu.

Wyszła. Albo wyszedł, albo wyszło, dla tej powiastki nie ma to znaczenia. Nie ma tego już, a to drugie zostało w autobusie.

Na zewnątrz pada, światło rozpryskuje się w kroplach. Szczególnie w pędzących kroplach, stawiających opór wiatrowi próbującego zepchnąć je z szyby. Jakiż renesansowy ten wiatr czyniący próby, a one same są urocze. Mokre smugi na szybie, na całej szybie, nic dokładniej nie widać. Prawdopodobnie stąd bierze się piękno smug i prób. Wszystko jest na tyle zniekształcone, że trzeba utworzyć własny, nowy obraz rzeczywistości, który w istocie jest trochę lepszy, zgodniejszy z przekonaniami Stwórcy. Lub stwórcy.

Widział przez tą osłonę zarysy rzeczywistości i idącą chodnikiem postać osoby, z którą przed chwilą rozmawiał. Szła, a on odjechał.

- Zaraz wejdzie na klatkę.

Drzwi zamknięte. Czeka na zewnątrz, bo zapomniała klucza, a poza tym, zawsze były otwarte. Zadzwoniła do męża. Albo żony, albo kota, to dalej nie ma znaczenia. Owy wybawiciel przyszedł i drzwi otworzył. A ona dźgnęła go nożem. Jego ręka zacisnęła się na klamce i upadł, zamykając drzwi. Nie mogła wejść, bo nie miała klucza.

- Teraz pewnie idzie po schodach.

Biegła po schodkach prowadzących w dół górki. Gdyby pobiegła po ziemi, wywróciłaby się, nie miała butów terenowych. Obcasy tępiły się przy każdym schodku, a może po prostu wbijały się w piętę. Mogłaby zjechać po barierce, ale nigdy nie umiała. Poza tym, to nie jest dobry sposób na pozostanie niezauważonym.

- Otwiera drzwi.

Weszła do kawiarenki. Czuć było słodkością, ustawiła się w kolejce. Poprosiła o malutką filiżaneczkę kawy, po odebraniu której przysiadła się do pewnej atrakcyjnej osoby. Atrakcyjna osoba podobała się osobie-zabójcy, tak samo osoba-zabójca podobała się się tej atrakcyjnej. Rozmowa kleiła się tak dobrze, że po kilkunastu minutach atrakcyjna osoba przeszła do konkretów, i, poprzedzając to pytaniem: czy masz męża? może żonę? albo kota?, oświadczyła się. Zabójca się zgodziła i postanowili wziąć ślub. Uroczystość była raczej kameralna, bez przyjaciół ni rodziny, jednak był urzędnik, był organista i tyle osobom wystarczyło. Cztery osoby to już i tak bardzo dużo jak na związek monogamiczny, trudno sobie wyobrazić sytuację konkretnego wesela. Potem pojechali do nowo kupionego domu. Atrakcyjna osoba przeniosła zabójczynię, albo na odwrót, przez próg.

- Już leży na łóżku.

I także wtedy miał rację przyjaciel. Położyli się na wspólnym łożu w ich pierwszym małżeńskim uścisku.
Zazwyczaj jednak kiedy myślisz, że osoba z którą jechałeś autobusem po wejściu na klatkę znajdzie się w swoim mieszkaniu, popełniasz jeden z poważniejszych błędów swojego życia.

poniedziałek, 9 września 2013

Lot

Nareszcie spadam. Spadam w spadającym samolocie.
Bardzo dziwne były te myśli ogarniające umysł. Może nie dziwne, ale rzadko w ten sposób się myślało. Niewiele ludzi w spadającym samolocie użyłoby określenia "nareszcie", a jednak on to zrobił.

- Hej, wszyscy dookoła, spadamy. Nareszcie! Koniec bajzlu. Spadamy. Nie nasza wina.

Jego głęboki głos będący gwarantem rozsądku przemówił. Wszystkim ulżyło, zrozumieli że fatalna kolej rzeczy prawdopodobnie obróciła się na ich korzyść. Ile bowiem razy człowiek zastanawia się, jak bardzo będzie niedołężny, gdy stanie się starym, tyle razy dochodzi do wniosku, że zbyt dużo jak na dawkę akceptowalną dla przeciętnego stworzenia. Nawet kot ma godność. Nie, to bardzo zły przykład. Przede wszystkim kot ma godność. Potem dopiero jest człowiek, koń, wilk, lis, mysz, owca, a na samym końcu pies. Psu brakuje godności. Może to wynikać z niewiedzy o jego nieograniczonych możliwościach, o horyzontach przysłanianych jedynie osobą człowieka, jednak wiele ludzi uważa, że psy to najinteligentniejsze stworzenia, a nie chcąc z nimi polemizować, mówię, że tak, prawda, aczkolwiek w takim wypadku brakuje im honoru.

W człowieka zaś, istotę posiadającą godność, coś ograniczającego godzi. Boi się tego. Straszna jest kolej rzeczy. Z każdym dniem mniej poczucia własnej wartości, kolejny kryzys: młodzieńczy bunt, dojrzałe pogodzenie się z tym, że prawdopodobnie nie zostanie się prezydentem, wieku średniego, zdziecinnienie. Każdy tylko gorszy.

Niepewność. Powinno się być perfekcyjnym podczas każdej fazy, bo nigdy nic nie wiadomo, i to jest ta część najbardziej niepokojąca. Trzeba budować sobie spiżowe pomniki co krok, a jak raz się zapomni, to zapamiętają go, jako "tego bez pomnika" - i zapomną.

Dlatego w spokoju pozostawiła go wieść o spadającym samolocie. Był przed kryzysem wieku średniego. Dosyć znany człowiek, dosyć bogaty. Miałby jeszcze szansę dużo osiągnąć, ale cóż, był na najlepszej drodze do sukcesu - to nie jego wina, że już nic nie zrobi. Rozsiadł się w fotelu.