czwartek, 26 września 2013

Filharmonia

Gdy się śpiewa partię z "Mesjasza" w Filharmonii Narodowej, nie myśli się o śpiewaniu. Nie myśli się o stresie.

Śpiewak nie wie, czy nie zostawił włączonego gazu w domu. Waha się, a wychodzi z tego piękny tryl. Chyba nie zostawił.

I źle opięty garnitur, jak na złość. Będzie trzeba przy jakiejś solówce, ale nie swojej, przepiąć się, bo aż żałość ogarnia.

Na publiczności siedzi bardzo ładna pani. Będzie jej patrzył w oczy. Jej wzrok jest akurat skierowany w inną stronę, ale nie szkodzi. Popatrzy chwilę, zauważy. Zawsze tak jest, że wzrok wierci. Wierci gdy się go nie widzi, a wierci mocniej, gdy się weń spoziera. Ale tutaj nie ma tego problemu, będzie myślała, że patrzy na panią obok. Albo pana, w końcu to artysta.

Dobrze, czas się skupić, nigdy nie mógł zapamiętać tej części.

Jakby co będzie improwizował. Ma tę przewagę, że publiczność nie zna tekstu, może sobie rymować jak chce. Może pociągnie ten obok, któremu nieźle nawet teraz idzie.

Nie lubi go. To bardzo dziwna osoba, obnosząca się swoją dziwnością do granic. Będąca dumna z tego, że jest dziwna. Najnormalniejsza w świecie, dziwne jest jej dążenie do dziwności, a jednocześnie wyjątkowo pospolite.

Musi chwilowo zaprzestać upustu nienawiści, jest chórek i trzeba się dobrze zgrać.

Jest przeraźliwie głodny. Nie może się doczekać jakiejkolwiek możliwości wyjścia do bufetu.

Teraz długa przerwa. Można przepiąć guzik.

Jutro rano trzeba wyjść z psem, potem odebrać pranie. Jakieś spotkanie? Wypada sprawdzić, ale raczej nie. Porobiłby jakieś głupie rzeczy.

Muzyka traci swój smak z każdym kolejnym śpiewaniem. Publiczności, bijże brawo, bo zupełnie zniknie sens jej istnienia! Śpiewak to przecież tylko podgatunek.

A na koniec trzeba się ukłonić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz