sobota, 13 września 2014

Bajka bez fabuły


To jest bajka bez fabuły. Fabuły w niej znaleźć nie można, bo jej nie ma. Można pomyśleć, że jest to koncept w swojej zawiłości genialny i bezsensowny zarazem; nie da się ukryć, nie ma sensu. Bajka bez fabuły z reguły nie ma racji bytu, ale tutaj logika zrobiła wyjątek.

A w tej bajce to jest tak: jest tam lis z podniesioną lekko łapą, rudy, ale z białymi plamami na futrze. Typowy taki, autor bajki się nie postarał, nie ma w jego wyglądzie nic odkrywczego. W każdym razie jest. Niestety nie widać jego oczu, bo głowę ma odwróconą tyłem do opowiadającego – gdyby jeszcze w tej bajce była fabuła, może lis by się odwrócił i zaszczycił czytelników swoim spojrzeniem. Tak jednak nie było, zaś koloru oczu lisa możemy się jedynie domyślać.

Czubek jego nosa wskazuje zbiorowisko kur. Nie wiadomo, czy są one tam przypadkowo, czy może wytworzyły jakąś swoistą społeczność. Autor postanowił je tam umieścić dając czytelnikowi szerokie możliwości interpretacyjne, podejrzewa się jednak, że jego celem było stworzenie kiczowatej scenki rodzajowej mającej wprawiać w dobry nastrój osoby czytające bajkę. Plan nie został spełniony ze względu na nienaturalną gęstość skupiska kur, które zamiast rozmieszać swoją dezorganizacją budziło niepokój związany z widmem emancypacji drobiu. Szkoda.

Kury są bielutkie i bardzo niewinne, lekko przerażone wizją bycia zamordowanymi przez lisa, ale cóż, jak to sobie myślały, tak to idzie, kolej życia, łańcuch Darwina i teoria pokarmowa. Mają rozlatany wzrok, szukają dziarskiego koguta, gotowego oddać za nie życie. Nie pojawia się jednak żaden kogut, ponieważ koguty działają w swoim życiu pragmatycznie i samozachowawczo.

Wszyscy bohaterowie bajki czekają na odpowiedni moment w skupieniu. Zaraz wybuchną.

Ku! Ry! Li! S! Lis ma skoczyć – może jednak nie skoczy? - i skoczy! Kiedyś złapie i rozszarpie kury, które mu wtedy odlecą pozostawiając go z uczuciem niedosytu! Kury odlecą! Kury spadną! Kur już nie będzie, i lisa też! Co im pozostaje? Czekać! Czekać na odpowiedni moment! Myślą sobie, że to nie jest ta chwila, trzeba rozpoznać przeciwnika, trzeba zdecydować – uciekać, czy od razu się poddać?

Przynajmniej Słońce tam świeci, bo jest to lato i pora raczej niedeszczowa. Niedziela, dzień rodzinny, więc wszyscy siedzą w domu i pijąc herbatę z cytryną dyskutują na temat niedzielnej ramówki telewizyjnej. Lis może grasować – trudno go będzie upolować, kiedy wszyscy siedzą w domu. Ma jakieś szanse, chciałby upolować te kury, przynajmniej dwie. Przygotowuje się, napręża, namierza swój cel. Pachną mu jabłonie i świerki z lasu obok (kolejny element idylliczny mający wzbudzić uczucie harmonii z naturą i otaczającym nas światem), a ten zapach mu się podoba. Nieopodal płynie rzeczka, z niej zaś wyskakują przeróżne ryby, na które patrzą łakomo grube koty.

Bajka ta opowiadana dzieciom wbudza niechęć i odrzucenie, ponieważ dzieci słuchając jej nudzą się i znacznie wolą klasykę literatury dziecięcej w postaci poczciwej bajki o Czerwonym Kapturku niż opowieść o lisie i kurach, która nawet nie ma fabuły.

Ciekawe, czy lisowi by się udało. Czy złapałby kury i byłby syty? Może jednak kury by mu odleciały, on zaś musiałby skorzystać z uprzejmości kociego establishmentu nad rzeką? Wydaje mi się, że jedną kurę by złapał, honorową. Pozostałe dwie znalazłyby dziarskie koguty, które by je obroniły. Takie jest moje zdanie.

Są to jednak tylko spekulacje. Ta bajka nie ma fabuły, a są w niej lis i trzy kury.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Zastaw

Dawno, dawno temu, był sobie chłopiec – blondyn o ciemnych oczach, nie niebieskich, więc nie idealny – któremu skończyło się kieszonkowe. Okoliczności owego deficytu pieniędzy były wyjątkowo niekorzystne – akurat była długa przerwa, a chłopcu bardzo chciało się pić.

Smutny chłopczyna wałęsał się po opuszczonych korytarzach, bo wszyscy akurat byli w sklepiku szkolnym i kupowali sobie najróżniejszego rodzaju napoje, a on nie mógł na to patrzeć. W pewnym momencie zmęczył się i usiadł na korytarzowej podłodze.

- O, biada mi, spragnionemu! – zawołał, a korytarz powtarzał za nim te słowa raz i kolejny. Dzieciaka nagle ogarnęło uczucie niesprawiedliwości. Nie mógł zrozumieć, dlaczego to właśnie on nie miał  kieszonkowego. Dlaczego nie ktoś starszy, z wyższej klasy, dojrzalszy, który by potrafił docenić owe doświadczenie jako lekcję na temat wartości pieniądza, tylko on, małe nie wiadomo co z blond włosami i brązowymi oczami, które nie wie nic o życiu, a korzyści z tego nie ma żadnych. Zdenerwował się i uderzył pięścią w ścianę.

Wtedy z tablicy korkowej nad jego głową sfrunęła karteczka papieru, która okazała się być reklamą. Wziął ją do ręki, obejrzał. Znajdował się na niej slogan: „Nie masz pieniędzy? Zadzwoń!”
Chłopaka zaciekawiła oferta z karteczki. Poszedł z nią do sekretariatu, zapytał:
- Proszę pani, mogę skorzystać z telefonu?
- Proszę. Ale nie ten, ten nie działa.
Blondyn podniósł słuchawkę i wystukał numer. Odezwał się niski, męski głos.
- Tak?
- Bo, proszę pana, ja nie mam pieniędzy.

Chłopak wyjaśnił, jak się ma sytuacja, skwitował, że w ogóle beznadzieja, i czy mogliby mu pomóc. Głos odparł, że oczywiście, i że za chwilę będą przed szkołą.  Uczeń zasugerował im pośpiech, tak, aby zdążyli przed końcem długiej przerwy. Zgodnie z zapowiedziami, po momencie pieniądze zostały dostarczone, a zadowolony chłopaczek kupił sobie sok.

Nazajutrz w jego domu rozległo się pukanie do drzwi. Otworzył ojciec, zapytał o co chodzi, po czym zawołał swojego syna mówiąc mu, że to do niego. Młodszy podszedł do drzwi, gdzie czekało nań dwóch panów w ciemnych garniturach. Oznajmili mu, że przyszli po zwrot pieniędzy z odsetkami. On stwierdził, że nie ma już tych pieniędzy, bo wydał wszystko na sok.
- Jak to, nie masz? Nic nie masz?
- Może tata ma.
- Ale ty już nic, kompletnie?
- No, nie.
Panowie spojrzeli po sobie.
- W takim razie musimy cię wziąć w zastaw.

Wzięli go pod pachę na podobieństwo dywanu i wynieśli z domu. Położyli go na ziemi przy samochodzie, z którego wyjęli karton z dziurkami. Zapakowali go do niego, a karton wstawili do bagażnika i pojechali. Gdzie? Tego już mu nikt nie powiedział.

Karton otworzył się dopiero w czyimś domu. Był to dom bogato zdobiony,  w całości był pomalowany na złoto, które w pewnych miejscach pękało, co sprawiało bardzo złe wrażenie. W domu rezydowała kobieta. Miała na sobie złoty szlafrok, złote kapcie, złote okulary i tlenione włosy.
- Pani dostawa – powiedział jeden pan w garniturze.
- Jak szybko! Dziękuję bardzo – odparła kobieta, po czym dodała – Ale brzydki jakiś ten model. Oczy nie pod kolor.
- Dlatego tak tanio – wyjaśnił drugi i wyszli.
Kobieta podeszła do chłopca, podniosła go i ustawiła na wadze.
- Ale pech! Gdybyś ważył nawet pół kilo mniej, zapłaciłabym mniej za przesyłkę – oznajmiła zażenowana. – Dobrze, że akurat teraz jesteś. Mam mokre włosy. Chodź tutaj.

Blondas podszedł. Kobieta patrzyła na niego wyczekująco, on jednak nie wiedział, co miał zrobić. Gospodyni wyglądała na coraz bardziej poirytowaną, on był zaś coraz bardziej skrępowany.
- No, dmuchaj!
On popatrzył na nią zaskoczony.
- Dmuchaj! Jesteś przecież moją suszarką.
Zaczął więc dmuchać w jej włosy, czuł się zobligowany, ponieważ nie zdawał sobie dotychczas sprawy z jego statusu suszarki, nie miał jednak wiele siły, bo został on zarekwirowany przed obiadem, dlatego nie był w stanie wysuszyć włosów kobiety.
- Mocniej!
Starał się też mocniej, ale i tak mu nie wychodziło. Dmuchał, ile sił w płucach, aż w końcu padł na podłogę ze zmęczenia. Jego właścicielka pochyliła się nad nim.
- No tak, wadliwy. Dlatego ma te oczy nie od zestawu.

Wykorzystała jego chwilową słabość i spakowała go z powrotem do pudełka. Napisała karteczkę: „TOWAR WADLIWY” i przyczepiła ją do pudełka, które spakowała do samochodu. Jechała na pocztę. 

Pociągnęła pudło do poczekalni, wzięła numerek i czekała, stosunkowo krótko. Kiedy jej numerek zawidniał na ekranie, podeszła do okienka i zakomunikowała chęć wysłania z powrotem wadliwego towaru. Urzędniczka zapytała jeszcze tylko, ile przesyłka będzie ważyć, kobieta podała wagę, urzędniczka podała cenę, kobieta zaczęła się wykłócać, że przecież pół kilo nie robi różnicy. Urzędniczka stwierdziła, że robi, a potem karton został zabrany i wysłany.

Teraz leży gdzieś zakurzony w składach owej firmy, w środku zaś wyleguje się blondyn, który zrozumiał w końcu morał tej opowieści, ale nie może go nikomu wyjawić, bo dalej jeszcze czeka na potencjalnego nabywcę. I długo jeszcze będzie czekał.



poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Pozostawiony


Pewien mężczyzna żył sam, w miejscu, w którym nie było nikogo ani niczego. Kupując sobie dosyć tani dom pośrodku kamiennej pustyni , entuzjastycznie nastawiony za sprawą ceny, zapomniał zapytać o obecność jakichkolwiek ludzi czy w ostateczności zwierząt w okolicy jego przyszłego miejsca zamieszkania. Okazało się to potem istotnym błędem.

Mężczyzna jednak nie smucił się, nie był bowiem kompletnie samotny.

Codziennie po pracy, lekko już zmęczony, acz zawsze usatysfakcjonowany swoją pracą popełniacza błędów w słownikach, która to praca była słuszna, gdyż skłaniała ludzi do kupowania kolejnych wydań encyklopedii i poszerzania swojej wiedzy, wsiadał do swojego opla, pakował doń kocyk i kosz z kanapkami i piłkę.

- Ale ja jestem głupi, przecież i tak nie będę grał – śmiał się do siebie, ale i tak wkładał tę piłkę, tak na wszelki wypadek, bo jak to mawiał: „Bez ryzyka nie ma zabawy, ale bez piłki tym bardziej”.

Wyjeżdżał wtedy swoim oplem na drogę, jedyną, która była, i jechał tak przez trzydzieści kilometrów, od czasu do czasu zatrzymując się na światłach, z których nie było co prawda żadnego pożytku, bo nikt tam nie mieszkał, ale jak to wpajała mu jego nauczycielka łaciny przez piętnaście lat nauki tego języka: „dura lex, sed lex”. Co to znaczy – on sam nawet do końca nie rozumiał, ale wiedział, że ma to jakiś związek z prawem, i zawsze, kiedy w dyskusji pojawiał się temat prawny, powtarzał to zdanie dosyć się kompromitując w oczach tych ludzi, którzy wiedzieli co to zdanie znaczy. Na szczęście okazji do dyskusji de facto (także jedno z ulubionych łacińskich wyrażeń mężczyzny) nie było, nie kompromitował się więc zanadto.
Zawsze jakoś udawało mu się dojechać do celu, którym była granica gminy. Parkował przed nią, wysiadał, brał kocyk, układał go pod znakiem z podniosłym napisem „Gmina Grodzin” i zaczynał swoje odwiedziny.

- Gmina Grodzin zaprasza! – mówił doń znak.

- A ja zapraszam gminę Grodzin! – odpowiadał mężczyzna.

- Gmina Grodzin zaprasza! – upierał się metal.

- Ależ gmino Grodzin, proszę być poważna, gmino. To już kolejny raz, kiedy ja jestem u gminy, a gmina jeszcze u mnie ani razu nie była.

- Gmina Grodzin zaprasza! – obwieszczał coraz bardziej utwierdzony w swoich przekonaniach napis.

Gminie Grodzin ów człowiek zawsze składał wizytę jako pierwszej, bo według niego należał jej się pewien szacunek; była najstarszą osobistością z jego otoczenia, leciwa już staruszka, a niezwykle uprzejma, zapraszała go zawsze do siebie i nie sposób było odmówić.

Następnym przystankiem było zazwyczaj Nowe Miasto. Mężczyzna cenił sobie Nowe Miasto za jego rzeczowe podejście do sprawy. „Nowe Miasto miastem prawa” - głosił napis, a mężczyzna zwykł kiwać głową i dodawać „Dura lex, sed lex”. Tam też zazwyczaj zjadał swoje kanapki – próbował dzielić się z Nowym Miastem, bo uważał, że powinno spróbować jego niezwykłych kanapek z musztardą i z keczupem, innowacją na rynku kanapek, wydarzenia w świecie kulinarnym, Miasto odnosiło się jednak z pewnym dystansem do owej propozycji. Mężczyzna sądził, że to z uprzejmości, bo będąc miastem prawa, nie chciało, aby płacił on podatek od darowizny, dlatego nie kłócił się o to zbyt gwałtownie. Wracając, zahaczał o „Walentynowice – miasto miłości”, „Wysoką, która życzy dobrego dnia” i „Rospatów, miejsce spotkań”.

Pewnego dnia po pracy pojechał do gminy Grodzin, lecz nie spotkał się z tak serdecznym jak dotychczas powitaniem. Nie było obwieszczenia – gmina Grodzin zaprasza, była jedynie informacja, jakoby w tym miejscu miała się rozpoczynać ta jednostka administracyjna. Mężczyzna spróbował przysiąść, rozłożył koc, ale czuł się niezręcznie. Wziął jedną kanapkę, ale mu nie smakowała. Podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, że jest tam niechciany.

Szybko oddalił się w kierunku Nowego Miasta – tam jednak też został przyjęty co najmniej chłodno.

Przywitał się, wykrzyknął
- Witam Nowe Miasto!
ale zamiast zwyczajowego i swojskiego „Nowe Miasto miastem prawa” nie otrzymał w odpowiedzi nic, jakby to miasto jedynie mu się przedstawiło, ale na tym postanowiło zaprzestać, jakby na jakimś wystawnym przyjęciu po złym pierwszym wrażeniu dama unikała wzroku prostaka, jakby jej i miasta nie było. Spróbował podzielić się kanapką, urwał kawałek ze swojej kromki i rzucił go pod znak, tym razem szybko zjawiła się kaczka, która ukradła chleb.

- To teraz tak, co? – zapytał mężczyzna. – Zauważyliście, że staruszek jest frajerem, że daje za darmo, to niby na początku się opieraliście, ale potem to czemu by nie skorzystać, nie? Fajnie jest dostawać wszystko za darmochę, a on niech już się wykosztowuje, to przecież nie wasz problem ta darowizna, bynajmniej, przecież to on płaci, nie? A macie tę swoją darowiznę!

Mężczyzna wyjął portfel z kieszeni, wyciągnął banknot o wysokim nominale i rzucił go pod znak. Natychmiast zerwała się kaczka, która porwała banknot w celu zjedzenia go, okazało się jednak, że kaczki nie trawią banknotów i kaczka się pochorowała, ale to już zupełnie inna historia.

- Mało wam? Macie jeszcze! – rzekł mężczyzna, po czym wyciągnął kolejny banknot, który także rzucił pod znak. – I jeszcze, i w ogóle wszystko macie! – Otworzył przegródkę na drobniaki i wysypał je pod siebie, wyleciały też ostatnie banknoty. – Wiecie co? Mam was gdzieś. Nie potrzebuję was! – stwierdził i odjechał swoim oplem.

Nowemu Miastu było nieco przykro, że tak okrutnie potraktowało swojego najlepszego przyjaciela, ale szybko się pozbierało – było przecież bogatsze o zawartość portfela tego przyjaciela, co wprawiało je w zdecydowanie lepszy nastrój niż sama przyjaźń.

Mężczyzna zaś wrócił do domu, zamknął się i już nie wyszedł. Nie wiadomo dokładnie, co się z nim stało. Grodzin mówi, że popadł w alkoholizm, Walentynowice, że się zakochał, chociaż nie należy im wierzyć. Nie wiadomo, co się z nim stało, nie wiadomo, co się teraz z nim dzieje, wiadomo tylko, że nikt o nim nic więcej się nie dowie.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Winda

Wszedł do windy, kto? Nie powiedziano. Zaczęli wtedy pisać. Odnotowywali jego ruchy w celu, jakim? Nie stwierdzono. Tańczono, istniano, pleciono.

On zaś był w windzie i nie był pewien, dlaczego. Wchodząc nie zastanawiał się nad celem owego „wejścia”. Miało być wielkie – miało być spektakularne, miało być, nie wiadomo czym być. Sparzył się nieco ogniem z fajerwerków, szczypało, ale specjalnie mu to nie przeszkadzało, zresztą nie był to jego główny problem, to nie był żaden problem.

To było wyjątkowe szczęście. Bardzo określone uczucie – szczypało. Przyczyna – skutek, zadanie pierwsze, rozdział pierwszy, odpowiedź pierwsza, brawo, odpowiedź pierwsza, punktów jeden. Takie tam łatwe, normalne, żywotne, nieżyciowe, nienegujące się wzajemnie. Było źle, jest gorzej, będzie lepiej, pewne jutro, pewne, że to coś, co nastąpi – nastąpi, może będzie boleć bardziej, może mniej, w każdym razie – sekwencja niezakończona jeszcze, zakończoną będzie.

Pisano, zapisywano, spisywano, opisywano, odpisywano, przepisywano na brudno i na czysto, nadpisywano, podpisywano, oddawano do sprawdzenia koledze po prawej, i pisano dalej. Trudno było teraz coś napisać o jego zachowaniu, ale to także nie umykało ich uwadze i zapisywali „Nie do opisania. Osoba stoi, myśli. Może ciężko, brwi ma osoba zmarszczone. Pięknie wygląda w świetle księżyca – niestety nie świeci teraz księżyc. Może to jej plan, tej osoby, żeby poczekać do nocy, bo ładnie wygląda w księżycu i wtedy to ją dopiero opiszemy. Dalej czeka, teza moja się zbliża do potwierdzenia. I czeka dalej, jest już noc, ale Księżyca nie ma.”

A on naprawdę nie miał pojęcia, dlaczego wszedł do tej windy. Stał tak sparaliżowany, czekał aż coś się stanie – czekał, ale pomoc nie nadchodziła, nawet drzwi się nie zamknęły, bo tak to byłby spokój.


Pisano – kreślono – myślano – ale pomoc nie nadchodziła.

poniedziałek, 14 października 2013

Carowie

Pewnego razu...
W Rosji. To pewnie była Rosja.

Ale nie wiadomo konkretnie gdzie, Rosja to wielki kraj. Podobno ktoś kiedyś przeszedł ją na piechotę, ale ja wolę w to nie wierzyć. Na piechotę? Jak? Wzdłuż, czy wszerz? Wzdłuż jeszcze jakoś pójdzie, długo, ale zawsze. A wszerz?

Nie wiem co się działo pewnego razu w Rosji. Nie będę wymyślał, bo nie żyłem tam. Nie wiem, czy wszystko, co wiem o niej to tylko pozory.

Powiedziałbym, że ludzie tam są w sobie do szaleństwa zakochani. Ale skąd ja to mam wiedzieć? Mogę przeczytać w książce, mogę posłuchać radia. Kocham cię, powiedział Rosjanin do Rosjanki. Skądże mogę wiedzieć, czy nie będzie to oznaczało czegoś innego? Kocham cię - posiadam cię - nienawidzę cię. Czy ludzie w Rosji się kochają? Nie wiem. Nie wiem, czy ludzie w Rosji się kochają. Nie wiem czy ludzie w Rosji się nienawidzą.

Czy w Rosji są w ogóle jacyś ludzie? Może tylko na granicach i w hotelach, a tak to nie? Postawią tabliczkę z napisem "Rosja", kilka tabliczek, i stworzą pozory egzystencji. I wizy. Nie dostaniesz wizy, do obszaru, w którym nie ma żadnego hotelu, bo może się okazać, że będziesz samotny, wyrwiesz tabliczkę "Rosja" a postawisz "Nibylandię".

Rozumiem teraz imperialne ambicje przywódców Rosji. Strasznie smutno i samotnie musiało im być w tym wielkim kraju, nie dziwota, że chcieli coś skolonizować. Cokolwiek. Coś małego? Nawet małego. Byleby ludzie byli. I nie dziwnym jest, że trzymali ich oni u siebie i za nic nie chcieli wypuścić. Widmo samotności wisiało nad nimi, a któż chce być samotny?

Współczujmy rosyjskim carom, którzy nikim nie rządzą ani z nikim się nie spotykają. To zwykli ludzie, ale nie chcą być sami.

sobota, 28 września 2013

Róża

"Rożo czerwona. Tyś piękna.
Tylko piękna, a nic więcej.
Brzydka różo.
(Wiemy wszyscy, żeś nie brzydka.)
Brzydka różo - teraz nic ci nie zostało."

Róża dostała od nieznanej jej osoby karteczkę z takowym napisem. Czuła jego treść i przesiąkającą przez słowa nienawiść. Rosła przy tej kartce, bo ktoś ją obok niej położył i nie raczył jej zabrać, dlatego wieczyste było jej cierpienie. Nawet jeśli ktoś miał taki zamiar, plany pokrzyżował mu deszcz, który rozmoczył atrament, który przesiąknął do ziemi, a tam spotkał korzenie róży. I było jej tylko jeszcze bardziej przykro.

Nie wiedziała, czy treść słów jest prawdziwa, ale jeśli tak było, godziło to w jej poczucie własnej wartości, dlatego wolała uważać, że to kłamstwo. Chciała się jednak upewnić, mieć całkowitą jasność. Założyła płaszcz, kapelusz. Nałożyła puder i ciemne okulary, po czym wyszła na ulicę.

Czekała, aż ją ktoś zauważy, usiadła na ławce. Kogoś obok zapytano o drogę, dwie osoby, obce osoby, z impetem wpadły na siebie, a ta, której udało się ustać na nogach pomogła tej drugiej podnieść się. A ona siedziała sama. Popatrzyła na okoliczne rabatki, z różami, bratkami, tulipanami. Były statyczne. Nie ruszały się i próbowały zachować jak najpiękniejszą pozę. Jakby przytwierdzone, zalane klejem albo betonem.

Pochyliła się nad bratkiem, niebieskim. Podobał jej się, bardzo wzruszał ją zapach i wygląd bratków. Przejmująco niebieski, szczególnie dla kogoś tak czerwonego jak róża, która aż zbladła. Te bratki są jak narkotyki.

W pewnym momencie schyliła się za bardzo. Jej okulary zaczęły zsuwać się po płatkach. Chciała je podsunąć, ale kolec przebił jej płaszcz, ukuła się i okulary spadły.

Wtedy podbiegło do niej kilku przechodniów. Wpatrywali się w nią, oniemieli, a ona stała. Pozwalała się oglądać. Była nieco zszokowana, ale podobało jej się to. Stała, a oni w zachwycie. Zrzuciła płaszcz, rozbiła okulary i starła puder. Była teraz naga, a dookoła gromadziło się coraz więcej osób.

Miała tremę, ale nie schodziła, ni zakładała płaszcza, bo była skupiona i zdeterminowana. Zaczęli przychodzić ludzie; z konewkami, podlewający ją; kłusownicy, odrywający kolce, paparazzi, robiący zdjęcia aparatami, które wybuchały od nadmiaru estetyzmu na jednej kliszy. Potem przyszła noc, i zrobiło się pusto.

Rano już pojawił się już pierwszy obserwator, w czapce z daszkiem, statywem i kamerą. Pojawiły się kolejne kamery, amatorskie, potem półprofesjonalne, telewizyjne. Ci zadawali pytania, ale róża nie ryzykowała. Nie odpowiadała, bała się mówić, żeby nie zmienić przypadkiem swojego idealnego ułożenia łodygi. To jednak wystarczało telewizji, nagrywali ją godzinami i godzinami transmitowali. Uruchomiono specjalną redakcję, która redagowała specjalny program, który promował specjalną wizytę wyjątkowej wizytatorki.

Minęło kilka tygodni. Róża dalej stała bez ruchu, dalej ją podlewano, dalej obserwowano. Niestety, jako, że w bezruchu zatrzymała się na betonie, podlewanie utrzymywało tylko jej podstawowe funkcje życiowe, w zakresie których mieściło się stanie. Nagle jednak jeden jej listek usechł, a wraz z pierwszym żywszym powiewem wiatru - odpadł. To była noc i miała nadzieję, że nikt nie zauważy, szybko podeszła do rabatki i urwała liść od pierwszej róży z brzegu. Przykleiła go do siebie.

Rano przyszedł jak zwykle pierwszy obserwator z czapką z daszkiem i kamerą. Ale zamiast, jak to miał w zwyczaju, rozstawić statyw, zaczął się przyglądać. Róża udawało, że nic się nie stało. Unikała jego wzroku. On jednak zmrużył oczy, podszedł do niej i dotknął miejsca, w którym stykał się liść i łodyga. Kleiło się, tarł przez chwilę swoje palce, po czym spojrzał na nią z wyrzutem i splunął na nią.

To było dla kwiatu za dużo. Nie cierpiała tego gbura, był zaborczy, przychodził pierwszy, żeby mieć ją całą dla siebie. Skupiła się, skoncentrowała na wytworzeniu najpiękniejszego zapachu w swoim życiu, i udało się jej to. W okolicy rozeszła się woń tak piękna, że ludzie zaczęli wychylać głowy przez okna. Gbur był najbardziej wystawiony na działanie zaklęcia. Nie kontrolując samego siebie podszedł i przywarł nosem do czerwonych płatków. Wtedy róża ścisnęła płatki i zaczęła dusić mężczyznę. Wyrywał się, ale to jedynie sprawiło porwanie cienkiej skóry, poleciała krew. To nic, nie będzie widać. Potem padł nieprzytomny, ale żywy. Musiała przestać, bo było już jasno. Ustawiła się.

Ludzie zaczęli się zbierać dokoła. Podziwiali ją, nie zauważyli człowieka na ziemi. Szczęśliwa. Zapomniała już o incydencie.

Ale zaczął padać deszcz. Przypomniał róży o karteczce jaką dostała, co ją zasmuciło. Chyba napis na tej kartce miał rację. Nie chciała już być piękna, sprawdziła to, nie opłaca się. Gdyby mogła, zamieniłaby się w bratka.

Klej przy liściu się odczepił, na oczach wszystkich proteza odpadła. Płatki zaś zbrązowiały. Tłum nie mógł w to uwierzyć, ale szybko nie pamiętał już też czym się zachwycał. Czar prysł. Nagle nie było nikogo, oprócz pewnego ogrodnika. Podniósł różę i przesadził do rabatki.



czwartek, 26 września 2013

Filharmonia

Gdy się śpiewa partię z "Mesjasza" w Filharmonii Narodowej, nie myśli się o śpiewaniu. Nie myśli się o stresie.

Śpiewak nie wie, czy nie zostawił włączonego gazu w domu. Waha się, a wychodzi z tego piękny tryl. Chyba nie zostawił.

I źle opięty garnitur, jak na złość. Będzie trzeba przy jakiejś solówce, ale nie swojej, przepiąć się, bo aż żałość ogarnia.

Na publiczności siedzi bardzo ładna pani. Będzie jej patrzył w oczy. Jej wzrok jest akurat skierowany w inną stronę, ale nie szkodzi. Popatrzy chwilę, zauważy. Zawsze tak jest, że wzrok wierci. Wierci gdy się go nie widzi, a wierci mocniej, gdy się weń spoziera. Ale tutaj nie ma tego problemu, będzie myślała, że patrzy na panią obok. Albo pana, w końcu to artysta.

Dobrze, czas się skupić, nigdy nie mógł zapamiętać tej części.

Jakby co będzie improwizował. Ma tę przewagę, że publiczność nie zna tekstu, może sobie rymować jak chce. Może pociągnie ten obok, któremu nieźle nawet teraz idzie.

Nie lubi go. To bardzo dziwna osoba, obnosząca się swoją dziwnością do granic. Będąca dumna z tego, że jest dziwna. Najnormalniejsza w świecie, dziwne jest jej dążenie do dziwności, a jednocześnie wyjątkowo pospolite.

Musi chwilowo zaprzestać upustu nienawiści, jest chórek i trzeba się dobrze zgrać.

Jest przeraźliwie głodny. Nie może się doczekać jakiejkolwiek możliwości wyjścia do bufetu.

Teraz długa przerwa. Można przepiąć guzik.

Jutro rano trzeba wyjść z psem, potem odebrać pranie. Jakieś spotkanie? Wypada sprawdzić, ale raczej nie. Porobiłby jakieś głupie rzeczy.

Muzyka traci swój smak z każdym kolejnym śpiewaniem. Publiczności, bijże brawo, bo zupełnie zniknie sens jej istnienia! Śpiewak to przecież tylko podgatunek.

A na koniec trzeba się ukłonić.