poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Pozostawiony


Pewien mężczyzna żył sam, w miejscu, w którym nie było nikogo ani niczego. Kupując sobie dosyć tani dom pośrodku kamiennej pustyni , entuzjastycznie nastawiony za sprawą ceny, zapomniał zapytać o obecność jakichkolwiek ludzi czy w ostateczności zwierząt w okolicy jego przyszłego miejsca zamieszkania. Okazało się to potem istotnym błędem.

Mężczyzna jednak nie smucił się, nie był bowiem kompletnie samotny.

Codziennie po pracy, lekko już zmęczony, acz zawsze usatysfakcjonowany swoją pracą popełniacza błędów w słownikach, która to praca była słuszna, gdyż skłaniała ludzi do kupowania kolejnych wydań encyklopedii i poszerzania swojej wiedzy, wsiadał do swojego opla, pakował doń kocyk i kosz z kanapkami i piłkę.

- Ale ja jestem głupi, przecież i tak nie będę grał – śmiał się do siebie, ale i tak wkładał tę piłkę, tak na wszelki wypadek, bo jak to mawiał: „Bez ryzyka nie ma zabawy, ale bez piłki tym bardziej”.

Wyjeżdżał wtedy swoim oplem na drogę, jedyną, która była, i jechał tak przez trzydzieści kilometrów, od czasu do czasu zatrzymując się na światłach, z których nie było co prawda żadnego pożytku, bo nikt tam nie mieszkał, ale jak to wpajała mu jego nauczycielka łaciny przez piętnaście lat nauki tego języka: „dura lex, sed lex”. Co to znaczy – on sam nawet do końca nie rozumiał, ale wiedział, że ma to jakiś związek z prawem, i zawsze, kiedy w dyskusji pojawiał się temat prawny, powtarzał to zdanie dosyć się kompromitując w oczach tych ludzi, którzy wiedzieli co to zdanie znaczy. Na szczęście okazji do dyskusji de facto (także jedno z ulubionych łacińskich wyrażeń mężczyzny) nie było, nie kompromitował się więc zanadto.
Zawsze jakoś udawało mu się dojechać do celu, którym była granica gminy. Parkował przed nią, wysiadał, brał kocyk, układał go pod znakiem z podniosłym napisem „Gmina Grodzin” i zaczynał swoje odwiedziny.

- Gmina Grodzin zaprasza! – mówił doń znak.

- A ja zapraszam gminę Grodzin! – odpowiadał mężczyzna.

- Gmina Grodzin zaprasza! – upierał się metal.

- Ależ gmino Grodzin, proszę być poważna, gmino. To już kolejny raz, kiedy ja jestem u gminy, a gmina jeszcze u mnie ani razu nie była.

- Gmina Grodzin zaprasza! – obwieszczał coraz bardziej utwierdzony w swoich przekonaniach napis.

Gminie Grodzin ów człowiek zawsze składał wizytę jako pierwszej, bo według niego należał jej się pewien szacunek; była najstarszą osobistością z jego otoczenia, leciwa już staruszka, a niezwykle uprzejma, zapraszała go zawsze do siebie i nie sposób było odmówić.

Następnym przystankiem było zazwyczaj Nowe Miasto. Mężczyzna cenił sobie Nowe Miasto za jego rzeczowe podejście do sprawy. „Nowe Miasto miastem prawa” - głosił napis, a mężczyzna zwykł kiwać głową i dodawać „Dura lex, sed lex”. Tam też zazwyczaj zjadał swoje kanapki – próbował dzielić się z Nowym Miastem, bo uważał, że powinno spróbować jego niezwykłych kanapek z musztardą i z keczupem, innowacją na rynku kanapek, wydarzenia w świecie kulinarnym, Miasto odnosiło się jednak z pewnym dystansem do owej propozycji. Mężczyzna sądził, że to z uprzejmości, bo będąc miastem prawa, nie chciało, aby płacił on podatek od darowizny, dlatego nie kłócił się o to zbyt gwałtownie. Wracając, zahaczał o „Walentynowice – miasto miłości”, „Wysoką, która życzy dobrego dnia” i „Rospatów, miejsce spotkań”.

Pewnego dnia po pracy pojechał do gminy Grodzin, lecz nie spotkał się z tak serdecznym jak dotychczas powitaniem. Nie było obwieszczenia – gmina Grodzin zaprasza, była jedynie informacja, jakoby w tym miejscu miała się rozpoczynać ta jednostka administracyjna. Mężczyzna spróbował przysiąść, rozłożył koc, ale czuł się niezręcznie. Wziął jedną kanapkę, ale mu nie smakowała. Podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, że jest tam niechciany.

Szybko oddalił się w kierunku Nowego Miasta – tam jednak też został przyjęty co najmniej chłodno.

Przywitał się, wykrzyknął
- Witam Nowe Miasto!
ale zamiast zwyczajowego i swojskiego „Nowe Miasto miastem prawa” nie otrzymał w odpowiedzi nic, jakby to miasto jedynie mu się przedstawiło, ale na tym postanowiło zaprzestać, jakby na jakimś wystawnym przyjęciu po złym pierwszym wrażeniu dama unikała wzroku prostaka, jakby jej i miasta nie było. Spróbował podzielić się kanapką, urwał kawałek ze swojej kromki i rzucił go pod znak, tym razem szybko zjawiła się kaczka, która ukradła chleb.

- To teraz tak, co? – zapytał mężczyzna. – Zauważyliście, że staruszek jest frajerem, że daje za darmo, to niby na początku się opieraliście, ale potem to czemu by nie skorzystać, nie? Fajnie jest dostawać wszystko za darmochę, a on niech już się wykosztowuje, to przecież nie wasz problem ta darowizna, bynajmniej, przecież to on płaci, nie? A macie tę swoją darowiznę!

Mężczyzna wyjął portfel z kieszeni, wyciągnął banknot o wysokim nominale i rzucił go pod znak. Natychmiast zerwała się kaczka, która porwała banknot w celu zjedzenia go, okazało się jednak, że kaczki nie trawią banknotów i kaczka się pochorowała, ale to już zupełnie inna historia.

- Mało wam? Macie jeszcze! – rzekł mężczyzna, po czym wyciągnął kolejny banknot, który także rzucił pod znak. – I jeszcze, i w ogóle wszystko macie! – Otworzył przegródkę na drobniaki i wysypał je pod siebie, wyleciały też ostatnie banknoty. – Wiecie co? Mam was gdzieś. Nie potrzebuję was! – stwierdził i odjechał swoim oplem.

Nowemu Miastu było nieco przykro, że tak okrutnie potraktowało swojego najlepszego przyjaciela, ale szybko się pozbierało – było przecież bogatsze o zawartość portfela tego przyjaciela, co wprawiało je w zdecydowanie lepszy nastrój niż sama przyjaźń.

Mężczyzna zaś wrócił do domu, zamknął się i już nie wyszedł. Nie wiadomo dokładnie, co się z nim stało. Grodzin mówi, że popadł w alkoholizm, Walentynowice, że się zakochał, chociaż nie należy im wierzyć. Nie wiadomo, co się z nim stało, nie wiadomo, co się teraz z nim dzieje, wiadomo tylko, że nikt o nim nic więcej się nie dowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz