Pewien mężczyzna żył sam, w miejscu, w którym nie było
nikogo ani niczego. Kupując sobie dosyć tani dom pośrodku kamiennej pustyni , entuzjastycznie
nastawiony za sprawą ceny, zapomniał zapytać o obecność jakichkolwiek ludzi czy
w ostateczności zwierząt w okolicy jego przyszłego miejsca zamieszkania. Okazało
się to potem istotnym błędem.
Mężczyzna jednak nie smucił się, nie był bowiem kompletnie
samotny.
Codziennie po pracy, lekko już zmęczony, acz zawsze
usatysfakcjonowany swoją pracą popełniacza błędów w słownikach, która to praca
była słuszna, gdyż skłaniała ludzi do kupowania kolejnych wydań encyklopedii i
poszerzania swojej wiedzy, wsiadał do swojego opla, pakował doń kocyk i kosz z
kanapkami i piłkę.
- Ale ja jestem głupi, przecież i tak nie będę grał – śmiał się
do siebie, ale i tak wkładał tę piłkę, tak na wszelki wypadek, bo jak to
mawiał: „Bez ryzyka nie ma zabawy, ale bez piłki tym bardziej”.
Wyjeżdżał wtedy swoim oplem na drogę, jedyną, która była, i
jechał tak przez trzydzieści kilometrów, od czasu do czasu zatrzymując się na
światłach, z których nie było co prawda żadnego pożytku, bo nikt tam nie
mieszkał, ale jak to wpajała mu jego nauczycielka łaciny przez piętnaście lat
nauki tego języka: „dura lex, sed lex”. Co to znaczy – on sam nawet do końca
nie rozumiał, ale wiedział, że ma to jakiś związek z prawem, i zawsze, kiedy w
dyskusji pojawiał się temat prawny, powtarzał to zdanie dosyć się kompromitując
w oczach tych ludzi, którzy wiedzieli co to zdanie znaczy. Na szczęście okazji
do dyskusji de facto (także jedno z ulubionych łacińskich wyrażeń mężczyzny)
nie było, nie kompromitował się więc zanadto.
Zawsze jakoś udawało mu się dojechać do celu, którym była
granica gminy. Parkował przed nią, wysiadał, brał kocyk, układał go pod znakiem
z podniosłym napisem „Gmina Grodzin” i zaczynał swoje odwiedziny.
- Gmina Grodzin zaprasza! – mówił doń znak.
- A ja zapraszam gminę Grodzin! – odpowiadał mężczyzna.
- Gmina Grodzin zaprasza! – upierał się metal.
- Ależ gmino Grodzin, proszę być poważna, gmino. To już
kolejny raz, kiedy ja jestem u gminy, a gmina jeszcze u mnie ani razu nie była.
- Gmina Grodzin zaprasza! – obwieszczał coraz bardziej
utwierdzony w swoich przekonaniach napis.
Gminie Grodzin ów człowiek zawsze składał wizytę jako
pierwszej, bo według niego należał jej się pewien szacunek; była najstarszą
osobistością z jego otoczenia, leciwa już staruszka, a niezwykle uprzejma,
zapraszała go zawsze do siebie i nie sposób było odmówić.
Następnym przystankiem było zazwyczaj Nowe Miasto. Mężczyzna
cenił sobie Nowe Miasto za jego rzeczowe podejście do sprawy. „Nowe Miasto
miastem prawa” - głosił napis, a mężczyzna zwykł kiwać głową i dodawać „Dura
lex, sed lex”. Tam też zazwyczaj zjadał swoje kanapki – próbował dzielić się z
Nowym Miastem, bo uważał, że powinno spróbować jego niezwykłych kanapek z musztardą
i z keczupem, innowacją na rynku kanapek, wydarzenia w świecie kulinarnym,
Miasto odnosiło się jednak z pewnym dystansem do owej propozycji. Mężczyzna
sądził, że to z uprzejmości, bo będąc miastem prawa, nie chciało, aby płacił on
podatek od darowizny, dlatego nie kłócił się o to zbyt gwałtownie. Wracając,
zahaczał o „Walentynowice – miasto miłości”, „Wysoką, która życzy dobrego dnia”
i „Rospatów, miejsce spotkań”.
Pewnego dnia po pracy pojechał do gminy Grodzin, lecz nie
spotkał się z tak serdecznym jak dotychczas powitaniem. Nie było obwieszczenia –
gmina Grodzin zaprasza, była jedynie informacja, jakoby w tym miejscu miała
się rozpoczynać ta jednostka administracyjna. Mężczyzna spróbował przysiąść,
rozłożył koc, ale czuł się niezręcznie. Wziął jedną kanapkę, ale mu nie
smakowała. Podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, że jest tam niechciany.
Szybko oddalił się w kierunku Nowego Miasta – tam jednak też
został przyjęty co najmniej chłodno.
Przywitał się, wykrzyknął
- Witam Nowe Miasto!
ale zamiast zwyczajowego i swojskiego „Nowe Miasto miastem
prawa” nie otrzymał w odpowiedzi nic, jakby to miasto jedynie mu się przedstawiło,
ale na tym postanowiło zaprzestać, jakby na jakimś wystawnym przyjęciu po złym
pierwszym wrażeniu dama unikała wzroku prostaka, jakby jej i miasta nie było.
Spróbował podzielić się kanapką, urwał kawałek ze swojej kromki i rzucił go pod
znak, tym razem szybko zjawiła się kaczka, która ukradła chleb.
- To teraz tak, co? – zapytał mężczyzna. – Zauważyliście, że
staruszek jest frajerem, że daje za darmo, to niby na początku się
opieraliście, ale potem to czemu by nie skorzystać, nie? Fajnie jest dostawać
wszystko za darmochę, a on niech już się wykosztowuje, to przecież nie wasz
problem ta darowizna, bynajmniej, przecież to on płaci, nie? A macie tę swoją
darowiznę!
Mężczyzna wyjął portfel z kieszeni, wyciągnął banknot o
wysokim nominale i rzucił go pod znak. Natychmiast zerwała się kaczka, która
porwała banknot w celu zjedzenia go, okazało się jednak, że kaczki nie trawią
banknotów i kaczka się pochorowała, ale to już zupełnie inna historia.
- Mało wam? Macie jeszcze! – rzekł mężczyzna, po czym
wyciągnął kolejny banknot, który także rzucił pod znak. – I jeszcze, i w ogóle
wszystko macie! – Otworzył przegródkę na drobniaki i wysypał je pod siebie,
wyleciały też ostatnie banknoty. – Wiecie co? Mam was gdzieś. Nie potrzebuję was!
– stwierdził i odjechał swoim oplem.
Nowemu Miastu było nieco przykro, że tak okrutnie
potraktowało swojego najlepszego przyjaciela, ale szybko się pozbierało – było przecież
bogatsze o zawartość portfela tego przyjaciela, co wprawiało je w zdecydowanie
lepszy nastrój niż sama przyjaźń.
Mężczyzna zaś wrócił do domu, zamknął się i już nie wyszedł.
Nie wiadomo dokładnie, co się z nim stało. Grodzin mówi, że popadł w
alkoholizm, Walentynowice, że się zakochał, chociaż nie należy im wierzyć. Nie
wiadomo, co się z nim stało, nie wiadomo, co się teraz z nim dzieje, wiadomo tylko,
że nikt o nim nic więcej się nie dowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz