poniedziałek, 14 października 2013

Carowie

Pewnego razu...
W Rosji. To pewnie była Rosja.

Ale nie wiadomo konkretnie gdzie, Rosja to wielki kraj. Podobno ktoś kiedyś przeszedł ją na piechotę, ale ja wolę w to nie wierzyć. Na piechotę? Jak? Wzdłuż, czy wszerz? Wzdłuż jeszcze jakoś pójdzie, długo, ale zawsze. A wszerz?

Nie wiem co się działo pewnego razu w Rosji. Nie będę wymyślał, bo nie żyłem tam. Nie wiem, czy wszystko, co wiem o niej to tylko pozory.

Powiedziałbym, że ludzie tam są w sobie do szaleństwa zakochani. Ale skąd ja to mam wiedzieć? Mogę przeczytać w książce, mogę posłuchać radia. Kocham cię, powiedział Rosjanin do Rosjanki. Skądże mogę wiedzieć, czy nie będzie to oznaczało czegoś innego? Kocham cię - posiadam cię - nienawidzę cię. Czy ludzie w Rosji się kochają? Nie wiem. Nie wiem, czy ludzie w Rosji się kochają. Nie wiem czy ludzie w Rosji się nienawidzą.

Czy w Rosji są w ogóle jacyś ludzie? Może tylko na granicach i w hotelach, a tak to nie? Postawią tabliczkę z napisem "Rosja", kilka tabliczek, i stworzą pozory egzystencji. I wizy. Nie dostaniesz wizy, do obszaru, w którym nie ma żadnego hotelu, bo może się okazać, że będziesz samotny, wyrwiesz tabliczkę "Rosja" a postawisz "Nibylandię".

Rozumiem teraz imperialne ambicje przywódców Rosji. Strasznie smutno i samotnie musiało im być w tym wielkim kraju, nie dziwota, że chcieli coś skolonizować. Cokolwiek. Coś małego? Nawet małego. Byleby ludzie byli. I nie dziwnym jest, że trzymali ich oni u siebie i za nic nie chcieli wypuścić. Widmo samotności wisiało nad nimi, a któż chce być samotny?

Współczujmy rosyjskim carom, którzy nikim nie rządzą ani z nikim się nie spotykają. To zwykli ludzie, ale nie chcą być sami.