W laboratorium na Politechnice myślał uczony.
Myślał o geometrii. O istocie geometrii, wymyślał nowe słowa, którymi określał swoje myśli, rysował.
W pewnym momencie narysował kreskę w zeszycie; to była to jednak figura nieokreślona. Głos w jego umyśle pytał: czym jest ta kreska? Odcinkiem? Półprostą? Prostą? On wiedział: to była prosta. Zwieńczył dzieło podpisem:
"Rysunek nr 1.: Prosta."
Niestety zapomniał, że prosta jest nieskończona, co objawiło się w momencie pisania "a." Kreski wystrzeliły z obu stron zeszytu, przebiły ściany katedry i wyszły na zewnątrz. Grafitowa struga przecinała wszelkie organizmy na jej drodze, ale że była dosyć wysoko, cierpiały głównie gołębie. Wkrótce linia przekroczyła granicę dzielnicy, miasta, powiatu, województwa, państwa, unii monetarnej, a w końcu i całej kuli ziemskiej. Przy czym cały czas zwiększała prędkość.
Wbiła się w Księżyc. Już go nie ma, pozostał jeno pył. Pół biedy, że Księżyc, problem oceanologów, gorzej by było jakby wzięło Słońce. Przeleciało tuż obok. Słońce spaliło grafit, ale! prosta musi być nieskończona. Grafit powstał w tym samym miejscu, po czym Słońce znowu go spaliło i stał się paradoks.
Tymczasem linia dążyła do nieskończoności, i już prawie osiągnęła swój cel, ale znalazła się w końcu wszechświata. Z definicji zawrócić nie mogła, więc parła dalej. I rozszerzała wszechświat - na początku pomału, powolutku, potem nieco szybciej, aż koniec istnienia i koniec nieskończonego się dogadały i poszły z prędkością zawrotną.
Tymczasem Ziemia zaczęła się rozszerzać. Naukowiec, który początkowo był przerażony tym, co stało się z jego linią, przestał się nią przejmować, kiedy jej koniec znikł mu z zasięgu wzroku. Chwilę potem zaczął jednak grubnąć, nie przybierając na wadze. Grubł tak coraz bardziej i bardziej, aż myślał, że pęknie - i rzeczywiście, pekł. Podobnie stało się ze wszystkimi mieszkańcami Ziemi oraz innych planet. Wszyscy pękli. Potem wybuchły kamienie, przepołowiły się drzewa, zawaliły budynki, wylały rzeki, a cała planeta - rozpadła się. Im dalej w swoim rozszerzeniu posunięty był wszechświat, tym mniej atomów w nim zostało - wszystkie dzieliły się na mniejsze cząstki, i mniejsze, i mniejsze. Aż w końcu skończyła się liczba zer po przecinku w odgórnym kalkulatorze, a najmniejsze cząstki trzeba było zaokrąglić do zera. I nie zostało nic w tym wszechświecie, oprócz jego granic i prostej.
Prosta długo płakała po tym incydencie. A jako, że nie było innych atomów niż te grafitowe, płakała grafitem, który zaraz znów rozpływał się w przestrzeni. Prosta była winna zniszczenia całego wszechświata i w dodatku była tego całkowicie świadoma. Okropności. Długo rozmawiała o tym ze wszechświatem.
- Wszechświecie, czy moje winy można jeszcze w jakiś sposób odkupić?
- Myślę, że nie, prosto. Zniszczyłaś dosłownie wszystko, oprócz mnie i samej siebie. Jesteś postacią werteryczną, ale w drugą stronę.
Tutaj prosta popadła w rozpacz. Nigdy nie doświadczy Goethego, ponieważ zniszczyła wszystkie jego dzieła i wszystkich, którzy byli w stanie je przypomnieć. Cierpiała, bo jak może żyć z perspektywą istnienia do czasu osiągnięcia nieskończoności, uczyniona przez kogoś, kogo nawet nie może poznać i nie może odpowiedzieć jej na pytanie "dlaczego"?
Zapewne tak jak wszyscy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz